Tydzień Ubogich – z pamiętnika wolontariuszki

Zapach awokado

W sobotę 17 listopada 2018 roku musiałam obudzić się stosunkowo wcześnie, zważając na to, że w weekendy zwykle śpię co najmniej do południa. Miałam jednak doskonałą motywację – o trzynastej byłam umówiona z Madzią i panią Anią na pętli, skąd tramwajem miałyśmy pojechać na Mały Rynek. Trwał tam wówczas Tydzień Ubogich, który poprzedzał wypadający w niedzielę Światowy Dzień Ubogich. Jest to święto ustanowione w 2016 roku przez papieża Franciszka, którego celem jest niesienie pomocy potrzebującym. Byłyśmy tam wolontariuszkami.

Muszę przyznać, że dla mnie i Madzi nie był to z początku wymarzony sposób na spędzenie sobotniego popołudnia i podchodziłyśmy do tego wolontariatu bardzo sceptycznie. Naszą największą zachęta były dodatkowe punkty w rekrutacji do szkół średnich za aktywność na rzecz innych ludzi.

Podróż tramwajem upłynęła nam szybko oraz przyjemnie dzięki pani Ani, która całą drogę opowiadała nam o pomaganiu na ŚDU, a w szczególności o swoim ulubieńcu, czyli przystojnym wolontariuszu imieniem Krystian.

Po dotarciu na miejsce, w pierwszej kolejności udałyśmy się do punktu medycznego, mieszczącego się przy ulicy Siennej. Zostawiłyśmy tam zebrane w naszej szkole ubrania dla potrzebujących i przeszłyśmy do głównego namiotu wydarzenia. Pani Ania wpisała nas na specjalną listę i przedstawiła innym wolontariuszom. Dostałyśmy specjalne imienne plakietki oraz pomarańczowe koszulki, które miały nas odróżniać od pozostałych osób biorących udział w Światowych Dniach Ubogich. 

Namiot był podzielony na dwie części – mniejszy przedsionek, gdzie stało kilka stanowisk z różnymi książkami, ulotkami czy mapkami oraz dużo większą główną salę, która była sercem całego wydarzenia. Znajdowała się tam scena, kuchnia, mnóstwo stołów, przyktórych siedziało kilkaset (a może nawet ponad tysiąc) osób ubogich i bezdomnych. Było tam także specjalne miejsce, w którym można było porozmawiać z księdzem. Wszystko to wyglądało niesamowicie, jednak – tak jak można się domyślać – było tam bardzo duszno,a w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Na początku ciężko mi się tam oddychało, więc co jakiś czas byłam zmuszona wychodzić do przedsionka.

Naszym pierwszym zadaniem było sprzątanie stołów – chodziłyśmy między nimi z wielkimi, czarnymi workami, do których zbierałyśmy śmieci, resztki jedzenia, sztućce i naczynia. Później poznałyśmy innych wolontariuszy pomagających w kuchni (w tym słynnego Krystiana), a także niesamowicie sympatycznego księdza Dawida, z którym chwilę później tańczyłyśmy taniec wymyślony przez prowadzącego część rozrywkową na scenie. Teraz trochę żałuję, że nie zwróciłam większej uwagi na to, co działo się tam w późniejszym czasie. Kilka osób śpiewało i tańczyło, odbyło się nawet przedstawienie rosyjskiej grupy tanecznej. Byłam jednak zbyt zajęta innymi czynnościami.

Kolejne pół godziny spędziłam na wydawaniu kawy i herbaty. Wtedy zaczęły się pierwsze rozczarowania. Miałam nadzieję, że ludzie, którym pomagamy docenią ten gest i będą dla nas mili. Część z nich była naprawdę przyjaźnie nastawiona. Niektórzy natomiast wszędzie szukali problemów i okazji do kłótni – „za długo trzeba czekać na tą herbatę”, „za mało cukru”, „kto to widział stać w takiej kolejce?”, „skończyły się te dobre ciastka, a innych nie będę jeść”, „jak to zupa dopiero za godzinę?!”. Oczywiście dałoby się to wszystko powiedzieć w kulturalny sposób, z szacunkiem, bez wrzasków i przewracania oczami. Starałyśmy się puszczać to wszystko mimo uszu i byłyśmy dla nich wyjątkowo miłe.

Następnym, bardzo przyjemnym zajęciem było roznoszenie jedzenia. Zaczęło się już ściemniać, więc zrobiło się bardziej nastrojowo. Z głośników leciały stare polskie przeboje, takie jak „Wehikuł czasu” czy „Takie tango”. Swoją drogą, śpiewałyśmy z Madzią te dwie piosenki przez następny miesiąc. Dzięki muzyce i pozostałym wolontariuszom, z pozoru tak proste i nudne zadanie upłynęło nam w cudownej atmosferze i stało się naprawdę niesamowitym doświadczeniem.

Po 3 godzinach na nogach byłyśmy już odrobinę zmęczone. Poszłyśmy wziąć z naszych torebek coś do jedzenia. Tak się złożyło, że zostawiłyśmy nasze rzeczy w przedsionku, tuż za punktem informacyjnym. Szczęśliwym trafem akurat szukali tam kogoś, kto dobrze mówi po angielsku. Zaproponowałam więc siebie i było to najlepsze, co mogłam zrobić. Praca tam była przede wszystkim siedząca i w chłodnym miejscu – nasz punkt mieścił się tuż przy wejściu do namiotu, co było przyjemną odmianą po tak długim czasie spędzonym w dusznej sali. Nasze zajęcie nie było też zbytnio wymagające – polegało ono głównie na rozmawianiu z ludźmi. Namiot był umieszczony w takim miejscu, że przyciągał wielu zagranicznych turystów, a ja jako jedyna potrafiłam dogadać się z nimi po angielsku i odpowiedzieć na każde ich pytanie dotyczące wydarzenia.

Niedługo potem dołączyła do nas Oliwia z równoległej klasy. Siedziałyśmy tam we trójkę aż do dwudziestej. W międzyczasie podeszło do nas kilka osób, które opowiadały nam 

przeróżne historie dotyczące swoich najrozmaitszych przeżyć i doświadczeń. Najbardziej zapadł mi w pamięć pan, który kiedyś bardzo dużo podróżował i cały czas podkreślał, że w ciągu dwóch miesięcy był na trzech kontynentach. Dużo mówił też o swoich dzieciach, a na koniec zasypał nas ciekawostkami o Krakowie. Dzięki niemu wiem między innymi, jak duże są planty. Dobrze wspominam również pana, z którym wdałam się w gorącą dyskusję na temat systemu prawnego w Polsce.

O godzinie 20 pożegnałyśmy się ze wszystkimi i tata Madzi odwiózł nas do domów. Gdy wróciłam, byłam naprawdę wykończona. Obiecałam jednak rano rodzicom, że po powrocie przygotuję dla nich guacamole. I kiedy siedziałam w kuchni blendując awokado, cała przesiąknięta tym charakterystycznym zapachem, opowiedziałam mamie i tacie o swoim dniu. Z każdym słowem stawałam się coraz bardziej szczęśliwa. Nie żałuję ani trochę poświęcenia tych siedmiu godzin na pomoc potrzebującym. Bo uszczęśliwiając innych ludzi, uszczęśliwiamy też siebie. 

Zbuntowany Anioł